niedziela, 10 października 2010

Lombok


Po tygodniu na wyspach Gili w drodze powrotnej zatrzymaliśmy się na trzy dni w Senggigi na wyspie Lombok. Leży ona na wschód od Bali, a cieśnina między tymi wyspami nazwana również linią Wallace’a. Brytyjski uczony Alfred Russel Wallace odkrył, że ta wąska cieśnina wyznacza granicę występowania całkowicie odmiennych gatunków flory i fauny. Lombok jest zasiedlony przez gatunki spotykane w Australii, na Bali spotykane są przede wszystkim gatunki spokrewnione z tymi z południowo-wschodniej Azji.
Od razu po wyjściu z busa podbiegł do nas naganiacz oferujący miejsce do spania. Wiedząc, że wszyscy którzy od razu podbiegają do turystów oferując im różne rzeczy po „najlepszej cenie” zwykle ta cena jest wyższa od normalnej. Po trzech godzinach poszukiwań noclegu, wróciliśmy do miejsca wysiadki w poszukiwaniu osoby, która nam zaoferowała najniższą cenę. Po sprawdzeniu warunków okazało się, że ośrodek z domkami prowadzony jest przez małżeństwo z Bali, a całość jest zachowana na styl hinduistyczny, z dużym naciskiem na szczegóły i ogród. W cenie wliczone było śniadanie, więc bez chwili namysłu zajęliśmy miejsce, a właściciel zaoferował, że pomoże nam przetransportować bagaże.
Pierwszy dzień spędziliśmy na poznaniu Senggigi i wieczornej rozmowie z parą Kanadyjczyków, którzy postanowili po studiach wyjechać w dwu letnią podróż dookoła świata. Byli w jej połowie, dlatego wieczór minęło bardzo szybko rozmawiając o przebytych kilometrach oraz dalszych planach.
Drugiego dnia po porannej kąpieli w basenie, postanowiliśmy poszukać miejsce w którym najtaniej wypożyczymy samochód. Planowaliśmy objechać wyspę lub przynajmniej pojechać w jej głąb, a skuterami, które są najpopularniejszym środkiem transportu w Indonezji, byłoby ciężko i bardziej niebezpiecznie. Cel został zrealizowany i już wieczorem przyjechaliśmy Suzuki Gimi, w którym jak się później okazało nie działał wskaźnik paliwa, ale na szczęście nam go nie zabrakło.
Dzień trzeci na Lomboku rozpoczęliśmy już przed 7.00, ponieważ jak najszybciej chcieliśmy wyruszyć w trasę. W planie był objazd trzeciego pod względem wysokości wulkanu Indonezji - Rinjani (3726 m n.p.m.), który omen nomen wybuchł kilka godzin przed naszym przejazdem obok niego. Na naszej drodze były różnego rodzaju plantacje, odwiedziliśmy ryżu i tytoniu, a także napotkaliśmy dzikie małpy. Ze względu na dużą różnicę poziomów między wybrzeżem a miejscem docelowym, a małą odległość między punktami, przez dwie godziny jechaliśmy ciągle pod górę i na samym końcu, pod największym szczytem gdzie można było wjechać, samochód odmówił posłuszeństwa – nie chciał podjechać dalej. Byliśmy już dalej niż w połowie drogi objeżdżając wulkan dookoła i nie wiedzieliśmy co zrobić, ale po krótkim odpoczynku i wysadzeniu dziewczyn Gimi ruszył z kopyta i pokonał największą stromiznę. Później było już z górki, problemem był wskaźnik paliwa, który nie działał i ulewa niczym z pory deszczowej, która miejscami obok ulicy robiła potoki powodując utrudnienia na drodze. Udało nam się jednak wrócić przed 18.00 i oddać samochód na czas. Następnego ranka popłynęliśmy z powrotem na Bali.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz