Jawe mamy juz za soba, zjechalismy wyspe z zachodu na wschod, odwiedzajac po drodze najwieksze miasta, widzielismy wioski, bylismy na plantacjach kawy, cynamonu, gumy, wspinalismy sie na wulkan. Wszystko jest takie inne niz u nas, takie egzotyczne. Na kazdym kroku jest cos nowego. Ale od poczatku :)
Z Singapuru przylecielismy do Jakarty, gdzie czekalismy ponad dwie godziny na wize. Wygladalo to tak, ze najpierw byla ogromna kolejka do "kasy", nastepnie czekalo sie w jeszcze dluzszej (i posuwajacej sie w slimaczym tempie) kolejce, na koncu ktorej robiono zdjecie, brano odcisk kciukow, dwoch dloni. Zrobila sie pozna noc, wiec poprosilismy taksowkarza, zeby zawiozl nas w miejsce, gdzie mozna znalezc, jakis hostel. Powiedzial, ze zawiezie nas do turystycznej dzielnicy. Delikatnie mowiac, nie byl to zbyt urodziwy kurort:)
Po bezskutecznych poszukiwaniach noclegu stwierdzilismy, ze i tak mamy o 8 pociag do kolejnego miasta, wiec lepiej bedzie jak poczekamy na dworcu. I tak tez zrobilismy, i powiem Wam, ze dworzec oferowal wieksze luksusy niz na "turystyczna dzielnica".
Noc minela nam spokojnie, rano wsidlismy do pociagu ktory mial w 5 godzin dowiezc nas do Yogi - kolejnego miasta na naszej trasie. Oczywiscie jechal prawie dwa razy dluzej. Widoki za oknem robily ogromne wrazenie (jak tylko bedzie mozliwosc, wrzucimy pare zdjec).
Na kazdym dworcu do pociagu wbiegalo tysiac osob, ktore probowaly sprzedac najrozniejsze rzeczy. Jakos udalo nam sie dotrzec do Yogi, ktora byla juz napierwszy rzu oka zupelnie inna. Mowi sie,ze to taki "indonezyjski Krakow". Rzeczywiscie, bardzo przyjazne miasto, duzo studentow, tak samo duzo naciagaczy i handlarzy WSZYSTKIM. W miedzyczasie odwiedzilismy wspaniale miejsca - najwieksze swiatynie hinduistyczne i buddyjskie, ale o tym dam opowiedziec Asi albo Sewerynowi :)
Po Yodze przyszedl czas na kolejne miasto, tym razem na polnocym wschodzie wyspy. Surabaya - mozna powiedziec, centrum biznesowe Indonezji. My pojechalismy tam na uniwersytet, porozmawiac ze studentami, wladzami uczelni, wszystko sie udalo jak chcielismy, wiec moglismy jechac dalej.
W zwiazku z tym, ze mielismy juz dosyc wielkich miast, pojechalismy na wschod wyspy, do malego portowego miasteczka (wlasciwie wioski), skad wyruszylismy w gory, odwiedzic plantacje kawy, cynamonu, gumy. Drzewo cynamonowe zdecydowanie mnie rozczarowalo swoim niepozornym wygladem, ale mimo to pieknie pachnie (zabralam kawalek kory jako dowod :) ).
| Plantacja gumy |
| Tak oto zbiera się gumę! |
| Zaschnięty kawałek gumy |
| Kawa |
| Nasz przewodnik Leo na plantacji kawy |
| Przy drzewie cynamonowym |
| Liść i kawałek kory drzewa cynamonowego |
W gorach odwiedzilismy wioske, w ktorej mieszkaja pracownicy plantacji (i w tym przypadku mam nadzieje, ze uda sie nam wrzucic zdjecia). Stamtad, o swicie, wyruszylismy na wulkan Ijen, na ktorego szczycie, w kraterze jest przecudownie turkusowe jezioro. Mowie Wam - cudo!
Niestety nie wszystko, co tam zobaczylismy bylo takie piekne, poniewaz w kraterze tego wulkanu jest kopalnia siarki i codziennie kilkudziesieciu mezczyzn nosi wydobyta (tez rekoma) siarke na dol, jakies 4 km. Nosza ja w koszach, ktore lacznie waza od 80 do 100 kg. Na dole, za tai kosz zarabiaja, w przeliczeniu na zlotowki, okolo 12 zl (przy dobrych wiatrach i naladowanym do pelna koszu). Zrobilo to na nas ogromne wrazenie.Chetnie napisalabym o nich cos wiecej, ale czas mnie goni, a chce naprowadzic Was na miejsce, w ktorym jestesmy obecnie.
Po wulkanie pojechalismy znowu do portowej wioski, skad "niby prywatnym minibusem" pojechalismy na Bali, do Denpasar, czyli stolicy wyspy. Minibus mial byc tylko dla nas i dla holenderskiego malzenstwa, ktore z nami bylo na wulkanie,ale okazalo sie, ze oprocz nas jedzie 5 osob, wszyscy z bagazami, dlatego w efekcie spedzilismy 4 godzin podrozy z plecakami na kolanach modlac sie, zeby przezyc, bo facet, nawet jak na tutejsze drogowe warunki, jechal jak wariat. Nasi znajomi z Holandii bardzo ale to bardzo sie bali, i jak tylko jechalismy do Denpasar, wysiedli, wobec czego nas kierowca postanowil i nas wywalic z busa, po klotni (my po angielsku, wszyscy pasazerowie, kierowca i z 5 taksowkarzy, ktorzy sie zbiegli po indonezyjsku) jednak udalo nam sie "przekonac" pana kierowce, zeby zawiozl nas na dworzec. Stamtad wzielismy bemo - czyli taki minibusik do Ubud, miasta, z ktorego do Was pisze. Mielismy w planach kilkudiowy rajd po wyspie, ale zmienilismy plany i jutro z samego rana jedziemy na wyspy Gili oraz Lombok, na wschod od Jawy. Tam pewnie nie bedziemy mieli internetu, bo na wyspach Gili nie ma nawet drog :), takze sadze, ze kolejna notka bedzie jak juz wrocimy znowu na Bali :)
Pozdrawiamy Was bardzo goraco!!












No w końcu jakieś wieści! Bo zacząłem się martwić...
OdpowiedzUsuńZdjęcia, zdjęcia, zdjęcia!...
A Bali - cóż - zazdroszczę kurcze. Jedna z wysp opisanych w mojej ulubionej książce "Wyspy szmaragdowego pacyfiku" pana Budrewicza...
A tu zimno i szaro :/